Takie podziały: student dziennych = zdolny, student zaocznych = nie udało mu się dostać na dzienne, są już nieaktualne.
To zjawisko było powszechne jak w Polsce zaczęło się rozwijać szkolnictwo wyższe prywatne. Obecnie mamy kilka bardzo dobrych uczelni prywatnych i rozwój bedzie szedł w kierunku zachodnich standardów, gdzie szkoły prywatne ze względu na zasób funduszy oferują znacznie wyższy poziom kształcenia niż państwowe.
Faktem jest, że na studiach dziennych są przede wszystkim ludzie, których na to stać. Ale faktem jest również, że na dziennych jest sporo osób, które nie mają innego pomysłu na swoje życie. Dla wielu absolwentów studiów dziennych wkroczenie na rynek pracy okazuje się szokiem, bo w pracy płaci się za rzeczywiste tworzenie wartości, a nie za 'chłonienie' akademickich abstrakcji.
Jest to problem również zachodnich społeczeństw, gdzie zdobycie wyższego wykształcenia jest relatywnie łatwe, a ze zdobytym dyplomem wzrasta również poczucie własnej wartości. I mamy magistra bez doświadczenia, ale za to z wysokimi oczekiwaniami płacowymi., który woli siedzieć na bezrobociu niż pójść do pracy 'poniżej swoich kwalifikacji'.
Bolączką polskiego szkolnictwa wyższego jest niezreformowanie pracy kadry naukowej. W nauce wciąż brakuje realnej konkurencji, stąd jest niski poziom zajęć, a wykładowcy najczęściej nie przykładają się do pracy dydaktycznej. Wspomniać również należy charakterystyczne dla naszego społeczeństwa przyzwolenie na ściąganie, kombinatorstwo, kradzież własności intelektualnej, itp.
W Polsce, chyba ze względu na historyczny deficyt miejsc pracy, mamy specyficzny rynek pracy, gdzie wymaga się często wyższego wykształcenia do względnie rutynowych prac. W rezultacie większość ludzi pracuje poniżej swoich kwalifikacji, ale to jest już wina pracodawców, którzy chcieliby mieć na każdym stanowisku osobę z wyższym wykształceniem.




