Pomysł jest prosty, znaleźć chętnego inwestora z kraju skandynawskiego i zostać jego poddostawcą. Np. znaleźć chętną firmę z np. Danii, namówić ją na przeniesienie części produkcji do Polski, gdzie korzystając z wciąż niskiej ceny pracy (w porównaniu do Skandynawii) można produkować te same rzeczy taniej. Producent ma zysk, odbiorca ma zysk, a skąd się bierze zarobek? A z różnicy pomiędzy kosztami wytworzenia TAM i tu. Hipotetyczna firma A z Danii lub Szwecji zakłada firmę - córkę B w Polsce. Zleca jej produkcję np. elementów metalowych które sprzedaje w np. Danii. Firma B robi te produkty np. z 25% oszczędnością wliczając w to koszty transportu do firmy A. Właściciel firmy B może albo obniżyć cenę i sprzedać więcej, albo zadowolić się 25% zyskiem z tego samego produktu. Obie strony są zadowolone, tym bardziej, że otwiera się także rynek Polski, gdzie produkowane elementy być może będą konkurencyjne cenowo i jakościowo, skoro są produkowane w krajowych warunkach. A za miedzą olbrzymi rynek niemiecki...
Muszą tu zostać spełnione pewne warunki jak widać z opisu, by to zadziałało, lecz chyba jest to możliwe do zrealizowania. Powiem nawet, że rozmawiałem o takiej możliwości z moim znajomym Duńczykiem kilka lat temu. Dziś skurczybyk buduje fabrykę i objeżdża Skandynawię z poszukiwaniu kolejnych klientów. Jak ją mijam, zawsze zadaję sobie pytanie, dlaczego to nie jestem ja. Ironia losu, prawda?





