Wg mnie wszelkie rejestry dłużników są przereklamowane w swojej skuteczności.
Myślę, że mało kto to w ogóle sprawdza i wpis jest mało dokuczliwy.
Poza tym ja wolę, żeby mój dłużnik mógł sie odbić od dna, rozwijać i zarabiać pieniądze. A jak już zarobi, to wtedy przyjdę i zabiorę co moje (z odsetkami) :-)
Ze trzy lata temu miałem taką historię - zadzwoniłem do kolegi, który pojechał w interesach na wschodnią Ukrainę (wisi mi trochę, ale się rozlicza w ratach), by zapytać się, czy wszystko OK.
On powiedział, że od 3 dni nikt do niego nie zadzwonił i jestem pierwszy, który pyta go, czy wszystko w porządku i czy czegoś nie potrzebuje. Obaj doszliśmy do wniosku podczas tej rozmowy, że wierzyciel jest najlepszym przyjacielem :-)
Ja myślę, że takie uprzykrzające akcje można przeprowadzać wtedy, gdy już nie ma szans na odzyskanie kasy i kiedy celem stanie się samo pognębienie.
Ja z zasady do ludzi nic nie mam, poza tym, że chcę odzyskać własne pieniądze.
Do tej pory raz w życiu zdarzyło się, że wystawiono list gończy z pojego powództwa, ale po prostu zniknął mi dłużnik z oczu (był to pomysł windykatora).
Pomysł był nieskuteczny, bo ten człowiek został złapany i teraz siedzi w psychiatryku, a kasy mi i tak nie oddał.
Pozdrawiam.
P.S. Do Valkyrie - ja bym chciał mieć przynajmniej tytuł na te 70 tys, które darowaliście. Za parę lat sytuacja może wyglądać inaczej niż teraz. Nie mam nic do ludzi, ale nie jestem filantropem.



