Sprawa ma się tak:
W wakacje 2006 r. świeżo po maturze postanowiłam iść do pracy. Pewna firma zajmująca się doradztwem finansowym przyjęła mnie do pracy. Moim zadaniem miało być podpisywanie umów OFE z czego za każdą taką umowę miałam dostać określoną prowizję.
Nie byłam zatrudniona na żadną umowę o pracę ani o zlecenie. Jedyne co podpisywałam to ankiety rekrutacyjne.
Po dwóch miesiącach "biegania" za klientami z moich rozliczeń wyszło że zarobiłam ok 1200 zł. Kiedy coraz częściej zaczęłam dopytywać o pieniądze usłyszałam że dostanę je pod koniec września. Jednak okazało się że jakiś transfer nie przeszedł i że te pieniądze wypłacane są kwartalnie co oznaczało że pieniądze będą pod koniec grudnia :/
Gdy pokazałam moje niezadowolenie zostało mi wypłacone 500zł.Ten fakt został udokumentowany treścią: "Kwituję odbiór zaliczki w wysokości 500zł" z datą i podpisami na karteczce z notatnika. Kasa oczywiście do ręki. Pod koniec października dostałam informację że główny dyrektor nie jest ze mnie zadowolony i nie mogę dalej pracować. Kazano mi zwrócić zaliczkę a co do moich 1200zł zadzwonią (bo nie mieli mojego numeru konta). Powiedziałam że nie mam skąd wziąć 500zł i że jak dostanę od nich to 1200zł to oddam i zostanie mi 700zł. Ta propozycja nie została zaakceptowana.
Nie dostałam konkretnego terminu oddania zaliczki więc zwlekałam do grudnia. Moich pieniędzy podobno nie ma bo wszystkie umowy były źle podpisane (a sprawdzane przez doświadczonych pracowników).
Jestem obecnie prześladowana przez ową firmę. Dzwonili, na co odpowiadam że nie oddam jeśli nie dostanę swojego. Nawet doszło do tego że szefowa tegoż biura przyjechała 50km do mnie do domu powiedzieć o moim "długu" rodzicom. Po burzliwej rozmowie z moją mamą nie odzywali się do mnie przez jakiś czas. Dziś dostałam list w którym była tylko kserokopia świstka na 500zł.
Nie wiem co mam robić.
Moim zdaniem nie powinnam oddawać żadnych pieniędzy.
Sprawa co najmniej niesmaczna i kłopotliwa.
Proszę o jakąkolwiek opinię jak powinnam się zachować.
Ania



